Translate

wtorek, 20 sierpnia 2013

6. Plan

Słomiani w napięciu oczekiwali na połączenie, wpatrując się intensywnie w ślimakofon i leżące obok niego serce Caesara.
- Cholera, odbierz wreszcie!
- Halo? - Ślimakofon zmienił nieco wygląd, teraz jego oczy przypominały okulary jakie zwykł nosić Doflamingo, a na usta krył się ten sam złośliwy uśmieszek.
- Witaj, Joker. - Law jako pierwszy zabrał głos.
- Law? Myślałem że więcej cię nie zobaczę, a tym bardziej że nie usłyszę twojego głosu. - Ton Shichibukai nabrał podejrzliwości. - Skąd masz ten numer, gnojku?
- Nie twój interes, jak zdobywam informacje. Dzwonię, bo mam coś, czego bardzo byś chciał, i proponuję wymianę.
- Coś czego bym chciał? Przecież mam już wszystko: nietykalność, władzę, pieniądze Słomianego, Caesara...
- A właśnie, jest tam Caesar obok ciebie?
- A co to ma do rzeczy...
- Zobaczysz. - Powiedział Law i jednym szybkim ruchem ścisnął serce naukowca. Z głośnika telefonu dobiegł głośny wrzask. - Czyli jednak Caesar był z tobą. Szkoda że się nie przywitał.
- Law, ty draniu! - Głos Jokera kipiał gniewem. - Jak śmiałeś? Darowałem ci życie na Punk Hazard, ale nie myśl, że teraz unikniesz konsekwencji!
- Sam wiesz, że nic nie zrobisz, dopóki mam jego serce. W końcu bez niego, nie wyprodukowałbyś już ani jednego Smile, prawda?
- Och, a więc to o to chodzi. - Głos w telefonie na powrót się uspokoił. - Muszę powiedzieć, że mi zaimponowałeś. Ale wspominałeś cos o wymianie... co chcesz za serce Caesara?
- Oddaj naszego kapitana! - Krzyknął wprost do słuchawki Usopp. Law natychmiast go odepchnął, wracając do rozmowy ze swoim sawnym kapitanem. - Dokładnie, chcemy Słomianego z powrotem. Nie porwałeś go bez powodu, nie? Zobaczymy kto jest dla ciebie cenniejszy: on czy CC.
- Słomiany za serce? Zgoda. - Odparł Joker po chwili zastanowienia. - Gdzie chcesz się spotkać?
- Coś tu jest nie tak. - Szepnął Trafalgar do Słomianych. - Zgodził się tak łatwo...
- Co teraz? Przecież musimy odbić Luffiego!
- Spokojnie, coś wymyślę.
- Hej, Law, jesteś tam? Nie mam całego dnia. Powtarzam pytanie: gdzie chcesz dokonać wymiany?
- Spotkamy się na północnej plaży Green Bit, jutro w samo południe. Ale mam jeszcze jeden warunek.
- Ach tak? Jaki?
- Masz zrezygnować z tytułu Shichibukai!
- Chcesz wyrównać szanse? Naprawdę grasz ostro, Law. Jako twój stary szef, jestem pod wrażeniem.
- Po prostu chcę się zabezpieczyć, na wypadek gdybyś próbował wciągnąć w nasz układ Marynarkę. - Powiedział, ale po tonie jego głosu słychać było, że komplement Jokera miło połechtał jego ego. - Zatem jeśli w jutrzejszej gazecie nie przeczytam, że na powrót zostałeś zwykłym piratem, zabiję Caesara. Do zobaczenia.
- Czekaj chwi...
Law przerwał połączenie.
- Teraz możemy tylko czekać.
- Myślisz że to zadziała? - Spytał nieufnie Usopp. - W końcu Donquixote Doflamingo jest nazywany najcfańszym piratem na Grand Line. Nie jestem pewien, czy da się tak łatwo oszukać.
- Z pewnością wszystko pójdzie dobrze. Joker nie może sobie pozwolić na stratę Caesara, więc zrezygnuje z tytułu Shichibukai by odzyskać jego serce, jednocześnie stając się celem numer jeden Marynarki. A wtedy my wykorzystamy powstały chaos i zniszczymy fabrykę Smile.
- Powiedz mi tylko, gdzie ona jest, a wysadzę ją w powietrze moim ~super~ laserem! - Zakrzyknął z entuzjazmem Franky.
- Pozostaje jeszcze kwestia samuraja: Kinemon-san, wspominałeś że twój przyjaciel jest przetrzymywany przez Jokera na Dressrosie, tak?
- Zaiste jest jak powiedziałeś, Law-dono. Niewątpliwie Kanjuro jest jego zakładnikiem.
- W takim razie potrzebne będą cztery drużyny. - Wtrąciła się Robin. - Odebranie Luffiego, zniszczenie fabryki, odbicie samuraja... A ktoś musi jeszcze pilnować okrętu.
To co... Ciągniemy słomki? - Zaproponował nieśmiało Usopp.

***

Dressrosa, Posiadłość rodziny Donquixote

Joker z wściekłością rzucił słuchawką ślimakofonu.
- Ten Law! Myśli że kim on jest!? - Spojrzał na Caesara który wciąż wił się z bólu na podłodze gabinetu Doflamingo. - Crown! Jak mogłeś dać odebrać sobie serce!?
- Wybacz, Joker, nie miałem pojęcia! Musiałem być nieprzytomny, albo coś... - Powiedział naukowiec, kaszląc nerwowo.
- Niewątpliwie Law postawił cię w bardzo trudnej sytuacji, wasza wysokość. - Odezwał się mężczyzna stojący przy regale z książkami. Od jakiegoś czasu przeglądał opasłe tomiszcza w osobistej biblioteczce króla Dressrosy, nie zwracając dotąd uwagi na ożywioną rozmowę Doflamingo i Caesara. - Chcesz, żebyśmy się tym zajeli?
- Nie, nie ma takiej potrzeby.  - Joker momentalnie się uspokoił. Na usta wpełzł mu jego zwykły, nieco okrutny uśmiech. - Chociaż... jest coś co możesz dla mnie zrobić.
- Mów. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. - Mężczyzna w masce pandy ukłonił sie nisko.
- Chodzi o Punk Hazard... Marynarka zaczyna węszyć, lepiej jeśli ta wyspa zniknie... Wiesz co mam na myśli?
- Oczywiście. A co z Vergo i Monet?
- Nie sądze żeby Monet jeszcze żyła. - Westchnął Doflamnigo. - Jeśli chodzi o Vergo, to możecie go przyprowadzić, choć nie nalegam.
- Oczywiście. - Pandaman skłonił się jeszcze raz i ruszył go drzwiom. Wychodząc, odwrócił się i zadał ostatnie pytanie. - Czy jeśli spotkamy Marynarkę na Punk Hazard, możemy się trochę... rozerwać?
- Jakim byłbym królem, gdybym zabraniał moim poddanym czasem sie zabawić? - Spytał retorycznie władca Dressrosy.
Zadowolony Pandaman wyszczerzył zęby w złosliwym uśmiechu. Od dłuzszego czasu siedział bezczynnie w posiadłościach Donquixote i nie zamierzał przepuścić najmniejszej okazji by się zabawić.
- A co ze mną, Joker? - Spytał płaczliwie Caesar. - Przecież wiesz, ze nigdy nie zrobiłbym czegoś, co by szkodziło twoim intere… - Urwał w połowie, gdy ogłuszyło go Królewskie Haki.
- Strasznie się zrobiłeś gadatliwy, Caesar. - Mruknął Doflamingo. Spojrzał na SS, swoją prawą rękę. Ubrany w dziwny pancerz, którego poszczególne części połączone były ze sobą niezliczonymi zębatkami, najlepszy strzelec rodziny Donquixote jak zwykle trzymał się kilka kroków za swoim panem. - Zabierz go stąd. Trzeba też powiadomić Muchvise’a… fabryka Smile z pewnością stanie się celem Słomianych.
SS niemal niezauważalnie skinął głową i bez trudu przerzucił sobie nieprzytomnego naukowca przez ramię. Wiele osób z otoczenia Jokera zastanawiało się, kim jest zamaskowany mężczyzna w kapeluszu, zawsze znajdujący się blisko króla Dressrosy. Właściwie, to nie byli nawet pewni czy SS jest człowiekiem. Tylko Doflamingo znał prawdę.
- Mildred? - Rzucił przez interkom gdy snajper się oddalił. - Możesz coś dla mnie zrobić?
- Oczywiście paniczu, co tylko panicz rozkaże! - Odezwał się piskliwy kobiecy głos.
- Powiadom Trebola, Diamante i Spade’a że chcę się z nimi widzieć, dobrze?
- Zgodnie z panicza życzeniem. Czy powodem jest słodki Law-chan? Zamierzasz go zabić, paniczu?
- Ujmę to tak: Law chce wojny, to ją dostanie.

***

Parę godzin później Doflamingo czekał już w sporym owalnym gabinecie na swoich najwierniejszych podwładnych, a raczej ostatniego z trójki asów - była to bowiem elita, starannie wybrana by chronić interesy rodziny Donquixote na Dressrosie. Joker omiótł wzrokiem cztery trony - dwa czerwone i dwa czarne - z oparciami w kształcie symboli karcianych. Dwa miejsca wciąż pozostawały puste.
- Cholerny Trebol, znów się spóźnia! - Narzekał ubrany w popielatą koszulę wysoki mężczyzna o długich włosach koloru brudnej słomy, zasiadający na tronie z symbolem karo. Skinął na jedną z pokojówek stojących z wózkiem pełnym jedzenia pod ścianą gabinetu, a ta natychmiast podała mu kolejny talerz wpełniony pieczonymi udkami i skrzydełkami kurczaka. - Doffy, wiesz dobrze że nie powinienem przebywać zbyt długo poza Koloseum. Czy naprawdę sprawa tego tam, Słomkowego? Nie, chwila - Słomianego! - Niemal zakrzyknął z tryumfem - Jest aż tak ważna? Za trzy dni Igrzyska, mam wystarczająco dużo na głowie.
- Cierpliwości, Diamante. - Uspokoił go Doflamingo. Shichibukai podszedł do wielkiego okna zajmującego praktycznie całą ścianę i przez chwilę w milczeniu patrzył na wielkie portowe miasto, stolicę Dressrosy - Acacię. - Wierz mi, Monkey D. Luffy jest bardzo ważny, jeśli chodzi o tegoroczne Igrzyska.
- Chcesz go widowiskowo zabić, braciszku? - Spytała nagle jasnowłosa dziewczynka, dotychczas cicho bawiąca się lalkami w kącie pokoju. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwyczajne dziecko, jednak gdy odgarnęła włosy z twarzy dało się zauważyć czarną opaskę ukrywającą prawe oko. - Będę zła, jeśli to zrobisz. Monkey-chan jest taki fajny!
- Nie martw się, Swanny. Nic mu się nie stanie, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Co do Diamante, to niestety nie mogę nic obiecać.
Dziewczynka nagle wstała i szybko podeszła do Diamante. Spojrzała ze złością na mężczyznę siedzącego na czerwonym tronie. Dla nieuświadomionego obserwatora cała scena mogła wyglądać śmiesznie - małe dziecko uroczo wściekające się na dorosłego - jednak rodzina Donquixote nie była zwykłą rodziną, a dziewczynka nazywana Swanny nie była zwyczajnym dzieckiem. Wystarczył rzut oka na jej zabawki, by przekonać się że jest ona “inna”: lalki miały powykręcane i powyrywane kończyny, pluszaki - igły powbijane w całe ciało, zaś rysunki które wyszły spod jej rąk przedstawiały zwykle egzekucje lub pobojowiska pełne trupów. Szczególnie jedna scena często się powtarzała: ogromna piaszczysta arena usiana trupami, a pośród nich gladiator w czarnej zbroi.
- Diamante! - Krzyknęła Swanny i aby pokazać, że jest poważna, tupnęła nóżką. - Jesli zrobisz krzywdę Luffiemu, zabiję cię bez wahania!
- Rany, po co się tak denerwować... - Diamante odwrócił lekko głowę by nie patrzeć w oko dziewczynki. - Jeśli twój brat nie wyda takiego rozkazu, to Słomianemu włos z głowy nie spadnie, to oczywiste.
- Trebol chyba już jest. - Doflamingo wskazał na ciemnozieloną, galaretowatą substancję która powoli wspinała sie po ścianie domu aż zebrała się na parapecie. Mężczyzna uchylił nieco okno aby galareta mogła swobodnie wpłynąć do pomieszczenia.
- Mógłbyś wejść drzwiami, jak normalny człowiek. - Powiedział gdy substancja zaczęła przybierać ludzkie kształty. Po chwili przed Shichibukai stał około czterdziestoletni, brodaty i przygarbiony mężczyzna, ubrany w czarny płaszcz przeciwdeszczowy i stanowczo za duże kalosze. Trebol, bo tak się teraz nazywał, wysmarkał głośno nos w chusteczkę którą naprędce
wydobył z jednej z wielu przepastnych kieszeni płaszcza i usiadł na miejscu oznaczonym symbolem trefl. Siedzący obok niego Diamante momentalnie zmarszczył nos i odsunął się na skraj siedziska.
- Boże, jak ty śmierdzisz. Umyłbyś się czasem, nikt jeszcze nie umarł od odrobiny wody.
- Gdybym mógł to bym się umył! I chętnie wszedłbym drzwiami, gdyby ktoś nie włączył zraszaczy! - Wykrzyczał w stronę długowłosego, a mała Swan roześmiała się głośno.
- To byłaś ty?! Ty mała, zaraz cię... - Wstał, ale zaraz zatrzymał się w miejscu.
- Uważaj żebyś nie powiedział o jedno słowo za dużo. - Powiedział Doflamingo unieruchamiając podwładnego mocą owocu Lalkarza. - Swanny, idź pobaw się ze Słomianym, co?
- OK, braciszku. - Wychodząc, młodsza siostra Jokera zdążyła jeszcze pokazać Trebolowi język.
- Czy my też mamy wyjść, paniczu? - Spytała jedna z pokojówek.
- To chyba logiczne. - Machnął ręką w kierunku drzwi. - Wynocha.
Gdy ostatnia ze służących opuściła gabinet, Doflamingo usiadł przy biurku kładąc nogi na blat.
- No, teraz gdy wszyscy już są i nikt nam nie przeszkadza, możemy porozmawiać poważnie. Diamante, jak przebiegają przygotowania do Igrzysk?
- Wszystko przebiega bez zarzutu. - Mężczyzna wyciągnął z kieszeni pomiętą kartkę. - Do dzisiejszego ranka zgłosiło się 1138 uczestników, z czego ponad 400 to piraci z nagrodami sto milionów i więcej, więc możemy liczyć na spore zainteresowanie. Ale to twoja zasługa, Doffy. Gdybyś nie zaoferował owocu Mera Mera, z pewnością nie zgłosiłoby sie tyle osób. Tak w ogóle, to nie szkoda ci było tej słynnej Logii? Zdobycie jej musiało cię sporo kosztować, a teraz najpewniej trafi w ręce jakiegoś pirata.
- Mówisz tak, jakbyś nie był pewien że wygrasz, Diamante. Zresztą, moze i słusznie. Kogo wybrałeś na komentatora w tym roku?
- Tego słynnego dziennikarza z South Blue, Parkera. Próbowałem skontaktować się z Absą, ale cóż... Nie wyszło.
- Może za mało mu zaoferowałeś, co? - Wtrącił się Trebol dłubiąc w nosie. - Znowu byłeś w kasynie i wszystko przegrałeś?
- Spokój, spokój. - Uciszył go Doflamingo. - Co do Igrzysk... Mam jeszcze jednego zawodnika - Monkey D Luffiego.
- Co?! Chcesz żeby ten chłystek startował w zawodach? Po to go porywałeś?
- Nie do końca. Chciałem po prostu znaleźć kogoś na miejsce Lawa - wskazał czerwony tron kier - ale niestety tradycje rodziny nie pozwalają na to ot tak.
- Więc chcesz żeby został przyjęty gdy wygrał turniej? - Spytał nieco podejrzliwie Diamante. - To nie w twoim stylu, Doffy. Zresztą, taki dzieciak jak on... To z pewnością byłby dla nas ogromny kłopot!
- Raz w życiu muszę się zgodzić z tym co gadasz. - Nawet Trebol był oburzony. Drżał jak galareta, a nerwy sprawiły, że jego twarz zaczęła sie dosłownie rozpływać. - A c-co z Dra-dra-dragonem? - Zająknął się.
- Ja także muszę wyrazić swój sprzeciw, Dofla-sama. - Głos wydobył się z ogromnej, czarnej zbroi zajmującej tron pik. - Jeśli Słomiany weźmie udział w Igrzyskach...
- Za bardzo panikujecie. - Przerwał rycerzowi Joker. - Decyzja została już podjęta. Co do Dragona, to rzeczywiście mógłby być problemem, ale - spojrzał na stojącego w rogu pokoju snajpera - to nie ma powodu do obaw, SS wszystkim się zajął. Kolejna sprawa, to to. - Blondyn postawił na biurku mały ślimakofon. Nacisnął przycisk z tyłu muszli, a po chwili urządzenie zaczęło odtwarzać nagranie jego ostatniej rozmowy z Lawem.
- Jak właśnie słyszeliście, Law postawił mnie w dość nieciekawej sytuacji. - Powiedział gdy nagranie się zakończyło. - Z oczywistych względów, jestem zmuszony zrezygnować z pozycji Shichibukai.
- Zrezygnować z tytułu?! - Wybuchnął Trebol zrywając się z tronu. - Przecież to by oznaczało…
- … że musimy opuścić Dressrosę. - Dokonczył Diamante. - Doffy, nie sądzisz że twoja decyzja jest nieco pochopna? Poza tym, chcesz mu oddać Słomianego?
- Oczywiście że nie. W końcu nie po to szukałem go przez ostatni rok, by teraz pozwolić, by wyślizgnął mi się kiedy w końcu dostałem go w swoje ręce. Jeśli chodzi o wymianę, nie ma się czym martwić. Problem stanowią Słomiani: niewątpliwie przyjdą po swojego kapitana gdy dowiedzą się o porażce Lawa.
- Co więc zamierzasz zrobić, Dofla-sama?
- Cóż, plan jest prosty: zabijemy Słomianych!

***

O wschodzie słońca wszyscy Słomiani, a także samuraj Kinemon z synem i Trafalgar zebrali się na pokładzie Sunny’ego wyczekując pocztowego ptaka. Od tego co ujrzą na okładce porannego wydania prasy mogło zależeć życie Luffiego, więc każdy był mocno zestresowany.
- Law, a co jeśli Doflamingo nie zrezygnował z tytułu Shichibukai? - Nerwowo dopytywał się Usopp. - Cały plan pójdzie na marne.
- Pytałeś się o to już chyba sto razy, - odparł ze zniecierpliwieniem Law -  i setny raz  odpowiadam: nie ma mowy by Joker zaryzykował życie Caesara.
- Ale jesteś na sto procent pewien tak? - Spytała ze zdenerwowaniem Nami. - Jeszcze tego brakuje, by miał wsparcie Marynarki.
- Tak, na pewno. Zresztą, zaraz się przekonamy. - Wskazał na ptaka kołującego nad okrętem.
Po chwili jedenaście osób pochylało się nad gazetą.
- Mówiłem, że wszystko pójdzie po naszej myśli. - Powiedział po chwili Law. - Joker nie jest już Shichibukai.
- Czyli teraz możemy uratować Luffiego, tak? - Upewnił się Chopper.
- Tak, ale zanim przystąpimy do wymiany z Jokerem… Będę potrzebował twoich umiejętności jeśli chcemy by nasz plan się powiódł.
- Do czego potrzebny ci Chopper? - Spytała podejrzliwie Robin.
- Cóż, ujmę to tak - nie każdą operację można wykonać samodzielnie.
Nami nie jest aż tak oddana luffiemu jak Zoro, poza tym pewnie bałaby się "zaatakować " Lawa. A te ciosy od szermierza dostał przyjął na twarz bo jest honorowy i tyle(przynajmniej ja tak go widzę). co do nazywania gumiaka "Luffym" to akurat nie pomyślałem o charakterze postaci, przyznaję się do błędu - w następnych epkach będzie dalej "słomiany"


Przy okazji - nowy rozdział! Mam nadzieję ze taka długość was usatysfakcjonuje ;)

6. [b]Plan[/b]

Słomiani w napięciu oczekiwali na połączenie, wpatrując się intensywnie w ślimakofon i leżące obok niego serce Caesara.
- Cholera, odbierz wreszcie!
- Halo? - Ślimakofon zmienił nieco wygląd, teraz jego oczy przypominały okulary jakie zwykł nosić Doflamingo, a na usta krył się ten sam złośliwy uśmieszek.
- Witaj, Joker. - Law jako pierwszy zabrał głos.
- Law? Myślałem że więcej cię nie zobaczę, a tym bardziej że nie usłyszę twojego głosu. - Ton Shichibukai nabrał podejrzliwości. - Skąd masz ten numer, gnojku?
- Nie twój interes, jak zdobywam informacje. Dzwonię, bo mam coś, czego bardzo byś chciał, i proponuję wymianę.
- Coś czego bym chciał? Przecież mam już wszystko: nietykalność, władzę, pieniądze Słomianego, Caesara...
- A właśnie, jest tam Caesar obok ciebie?
- A co to ma do rzeczy...
- Zobaczysz. - Powiedział Law i jednym szybkim ruchem ścisnął serce naukowca. Z głośnika telefonu dobiegł głośny wrzask. - Czyli jednak Caesar był z tobą. Szkoda że się nie przywitał.
- Law, ty draniu! - Głos Jokera kipiał gniewem. - Jak śmiałeś? Darowałem ci życie na Punk Hazard, ale nie myśl, że teraz unikniesz konsekwencji!
- Sam wiesz, że nic nie zrobisz, dopóki mam jego serce. W końcu bez niego, nie wyprodukowałbyś już ani jednego Smile, prawda?
- Och, a więc to o to chodzi. - Głos w telefonie na powrót się uspokoił. - Muszę powiedzieć, że mi zaimponowałeś. Ale wspominałeś cos o wymianie... co chcesz za serce Caesara?
- Oddaj naszego kapitana! - Krzyknął wprost do słuchawki Usopp. Law natychmiast go odepchnął, wracając do rozmowy ze swoim sawnym kapitanem. - Dokładnie, chcemy Słomianego z powrotem. Nie porwałeś go bez powodu, nie? Zobaczymy kto jest dla ciebie cenniejszy: on czy CC.
- Słomiany za serce? Zgoda. - Odparł Joker po chwili zastanowienia. - Gdzie chcesz się spotkać?
- Coś tu jest nie tak. - Szepnął Trafalgar do Słomianych. - Zgodził się tak łatwo...
- Co teraz? Przecież musimy odbić Luffiego!
- Spokojnie, coś wymyślę.
- Hej, Law, jesteś tam? Nie mam całego dnia. Powtarzam pytanie: gdzie chcesz dokonać wymiany?
- Spotkamy się na północnej plaży Green Bit, jutro w samo południe. Ale mam jeszcze jeden warunek.
- Ach tak? Jaki?
- Masz zrezygnować z tytułu Shichibukai! 
- Chcesz wyrównać szanse? Naprawdę grasz ostro, Law. Jako twój stary szef, jestem pod wrażeniem.
- Po prostu chcę się zabezpieczyć, na wypadek gdybyś próbował wciągnąć w nasz układ Marynarkę. - Powiedział, ale po tonie jego głosu słychać było, że komplement Jokera miło połechtał jego ego. - Zatem jeśli w jutrzejszej gazecie nie przeczytam, że na powrót zostałeś zwykłym piratem, zabiję Caesara. Do zobaczenia.
- Czekaj chwi...
Law przerwał połączenie.
- Teraz możemy tylko czekać.
- Myślisz że to zadziała? - Spytał nieufnie Usopp. - W końcu Donquixote Doflamingo jest nazywany najcfańszym piratem na Grand Line. Nie jestem pewien, czy da się tak łatwo oszukać.
- Z pewnością wszystko pójdzie dobrze. Joker nie może sobie pozwolić na stratę Caesara, więc zrezygnuje z tytułu Shichibukai by odzyskać jego serce, jednocześnie stając się celem numer jeden Marynarki. A wtedy my wykorzystamy powstały chaos i zniszczymy fabrykę Smile.
- Powiedz mi tylko, gdzie ona jest, a wysadzę ją w powietrze moim ~super~ laserem! - Zakrzyknął z entuzjazmem Franky.
- Pozostaje jeszcze kwestia samuraja: Kinemon-san, wspominałeś że twój przyjaciel jest przetrzymywany przez Jokera na Dressrosie, tak?
- Zaiste jest jak powiedziałeś, Law-dono. Niewątpliwie Kanjuro jest jego zakładnikiem.
- W takim razie potrzebne będą cztery drużyny. - Wtrąciła się Robin. - Odebranie Luffiego, zniszczenie fabryki, odbicie samuraja... A ktoś musi jeszcze pilnować okrętu.
To co... Ciągniemy słomki? - Zaproponował nieśmiało Usopp.

***

Dressrosa, Posiadłość rodziny Donquixote

Joker z wściekłością rzucił słuchawką ślimakofonu. 
- Ten Law! Myśli że kim on jest!? - Spojrzał na Caesara który wciąż wił się z bólu na podłodze gabinetu Doflamingo. - Crown! Jak mogłeś dać odebrać sobie serce!? 
- Wybacz, Joker, nie miałem pojęcia! Musiałem być nieprzytomny, albo coś... - Powiedział naukowiec, kaszląc nerwowo.
- Niewątpliwie Law postawił cię w bardzo trudnej sytuacji, wasza wysokość. - Odezwał się mężczyzna stojący przy regale z książkami. Od jakiegoś czasu przeglądał opasłe tomiszcza w osobistej biblioteczce króla Dressrosy, nie zwracając dotąd uwagi na ożywioną rozmowę Doflamingo i Caesara. - Chcesz, żebyśmy się tym zajeli?
- Nie, nie ma takiej potrzeby.  - Joker momentalnie się uspokoił. Na usta wpełzł mu jego zwykły, nieco okrutny uśmiech. - Chociaż... jest coś co możesz dla mnie zrobić.
- Mów. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. - Mężczyzna w masce pandy ukłonił sie nisko.
- Chodzi o Punk Hazard... Marynarka zaczyna węszyć, lepiej jeśli ta wyspa zniknie... Wiesz co mam na myśli?
- Oczywiście. A co z Vergo i Monet?
- Nie sądze żeby Monet jeszcze żyła. - Westchnął Doflamnigo. - Jeśli chodzi o Vergo, to możecie go przyprowadzić, choć nie nalegam.
- Oczywiście. - Pandaman skłonił się jeszcze raz i ruszył go drzwiom. Wychodząc, odwrócił się i zadał ostatnie pytanie. - Czy jeśli spotkamy Marynarkę na Punk Hazard, możemy się trochę... rozerwać?
- Jakim byłbym królem, gdybym zabraniał moim poddanym czasem sie zabawić? - Spytał retorycznie władca Dressrosy.
Zadowolony Pandaman wyszczerzył zęby w złosliwym uśmiechu. Od dłuzszego czasu siedział bezczynnie w posiadłościach Donquixote i nie zamierzał przepuścić najmniejszej okazji by się zabawić.
- A co ze mną, Joker? - Spytał płaczliwie Caesar. - Przecież wiesz, ze nigdy nie zrobiłbym czegoś, co by szkodziło twoim intere… - Urwał w połowie, gdy ogłuszyło go Królewskie Haki.
- Strasznie się zrobiłeś gadatliwy, Caesar. - Mruknął Doflamingo. Spojrzał na SS, swoją prawą rękę. Ubrany w dziwny pancerz, którego poszczególne części połączone były ze sobą niezliczonymi zębatkami, najlepszy strzelec rodziny Donquixote jak zwykle trzymał się kilka kroków za swoim panem. - Zabierz go stąd. Trzeba też powiadomić Muchvise’a… fabryka Smile z pewnością stanie się celem Słomianych. 
SS niemal niezauważalnie skinął głową i bez trudu przerzucił sobie nieprzytomnego naukowca przez ramię. Wiele osób z otoczenia Jokera zastanawiało się, kim jest zamaskowany mężczyzna w kapeluszu, zawsze znajdujący się blisko króla Dressrosy. Właściwie, to nie byli nawet pewni czy SS jest człowiekiem. Tylko Doflamingo znał prawdę.
- Mildred? - Rzucił przez interkom gdy snajper się oddalił. - Możesz coś dla mnie zrobić?
- Oczywiście paniczu, co tylko panicz rozkaże! - Odezwał się piskliwy kobiecy głos.
- Powiadom Trebola, Diamante i Spade’a że chcę się z nimi widzieć, dobrze?
- Zgodnie z panicza życzeniem. Czy powodem jest słodki Law-chan? Zamierzasz go zabić, paniczu?
- Ujmę to tak: Law chce wojny, to ją dostanie.

***

Parę godzin później Doflamingo czekał już w sporym owalnym gabinecie na swoich najwierniejszych podwładnych, a raczej ostatniego z trójki asów - była to bowiem elita, starannie wybrana by chronić interesy rodziny Donquixote na Dressrosie. Joker omiótł wzrokiem cztery trony - dwa czerwone i dwa czarne - z oparciami w kształcie symboli karcianych. Dwa miejsca wciąż pozostawały puste.
- Cholerny Trebol, znów się spóźnia! - Narzekał ubrany w popielatą koszulę wysoki mężczyzna o długich włosach koloru brudnej słomy, zasiadający na tronie z symbolem karo. Skinął na jedną z pokojówek stojących z wózkiem pełnym jedzenia pod ścianą gabinetu, a ta natychmiast podała mu kolejny talerz wpełniony pieczonymi udkami i skrzydełkami kurczaka. - Doffy, wiesz dobrze że nie powinienem przebywać zbyt długo poza Koloseum. Czy naprawdę sprawa tego tam, Słomkowego? Nie, chwila - Słomianego! - Niemal zakrzyknął z tryumfem - Jest aż tak ważna? Za trzy dni Igrzyska, mam wystarczająco dużo na głowie.
- Cierpliwości, Diamante. - Uspokoił go Doflamingo. Shichibukai podszedł do wielkiego okna zajmującego praktycznie całą ścianę i przez chwilę w milczeniu patrzył na wielkie portowe miasto, stolicę Dressrosy - Acacię. - Wierz mi, Monkey D. Luffy jest bardzo ważny, jeśli chodzi o tegoroczne Igrzyska. 
- Chcesz go widowiskowo zabić, braciszku? - Spytała nagle jasnowłosa dziewczynka, dotychczas cicho bawiąca się lalkami w kącie pokoju. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwyczajne dziecko, jednak gdy odgarnęła włosy z twarzy dało się zauważyć czarną opaskę ukrywającą prawe oko. - Będę zła, jeśli to zrobisz. Monkey-chan jest taki fajny!
- Nie martw się, Swanny. Nic mu się nie stanie, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Co do Diamante, to niestety nie mogę nic obiecać.
Dziewczynka nagle wstała i szybko podeszła do Diamante. Spojrzała ze złością na mężczyznę siedzącego na czerwonym tronie. Dla nieuświadomionego obserwatora cała scena mogła wyglądać śmiesznie - małe dziecko uroczo wściekające się na dorosłego - jednak rodzina Donquixote nie była zwykłą rodziną, a dziewczynka nazywana Swanny nie była zwyczajnym dzieckiem. Wystarczył rzut oka na jej zabawki, by przekonać się że jest ona “inna”: lalki miały powykręcane i powyrywane kończyny, pluszaki - igły powbijane w całe ciało, zaś rysunki które wyszły spod jej rąk przedstawiały zwykle egzekucje lub pobojowiska pełne trupów. Szczególnie jedna scena często się powtarzała: ogromna piaszczysta arena usiana trupami, a pośród nich gladiator w czarnej zbroi.
- Diamante! - Krzyknęła Swanny i aby pokazać, że jest poważna, tupnęła nóżką. - Jesli zrobisz krzywdę Luffiemu, zabiję cię bez wahania!
- Rany, po co się tak denerwować... - Diamante odwrócił lekko głowę by nie patrzeć w oko dziewczynki. - Jeśli twój brat nie wyda takiego rozkazu, to Słomianemu włos z głowy nie spadnie, to oczywiste.
- Trebol chyba już jest. - Doflamingo wskazał na ciemnozieloną, galaretowatą substancję która powoli wspinała sie po ścianie domu aż zebrała się na parapecie. Mężczyzna uchylił nieco okno aby galareta mogła swobodnie wpłynąć do pomieszczenia.
- Mógłbyś wejść drzwiami, jak normalny człowiek. - Powiedział gdy substancja zaczęła przybierać ludzkie kształty. Po chwili przed Shichibukai stał około czterdziestoletni, brodaty i przygarbiony mężczyzna, ubrany w czarny płaszcz przeciwdeszczowy i stanowczo za duże kalosze. Trebol, bo tak się teraz nazywał, wysmarkał głośno nos w chusteczkę którą naprędce 
wydobył z jednej z wielu przepastnych kieszeni płaszcza i usiadł na miejscu oznaczonym symbolem trefl. Siedzący obok niego Diamante momentalnie zmarszczył nos i odsunął się na skraj siedziska.
- Boże, jak ty śmierdzisz. Umyłbyś się czasem, nikt jeszcze nie umarł od odrobiny wody.
- Gdybym mógł to bym się umył! I chętnie wszedłbym drzwiami, gdyby ktoś nie włączył zraszaczy! - Wykrzyczał w stronę długowłosego, a mała Swan roześmiała się głośno.
- To byłaś ty?! Ty mała, zaraz cię... - Wstał, ale zaraz zatrzymał się w miejscu.
- Uważaj żebyś nie powiedział o jedno słowo za dużo. - Powiedział Doflamingo unieruchamiając podwładnego mocą owocu Lalkarza. - Swanny, idź pobaw się ze Słomianym, co?
- OK, braciszku. - Wychodząc, młodsza siostra Jokera zdążyła jeszcze pokazać Trebolowi język.
- Czy my też mamy wyjść, paniczu? - Spytała jedna z pokojówek.
- To chyba logiczne. - Machnął ręką w kierunku drzwi. - Wynocha.
Gdy ostatnia ze służących opuściła gabinet, Doflamingo usiadł przy biurku kładąc nogi na blat.
- No, teraz gdy wszyscy już są i nikt nam nie przeszkadza, możemy porozmawiać poważnie. Diamante, jak przebiegają przygotowania do Igrzysk?
- Wszystko przebiega bez zarzutu. - Mężczyzna wyciągnął z kieszeni pomiętą kartkę. - Do dzisiejszego ranka zgłosiło się 1138 uczestników, z czego ponad 400 to piraci z nagrodami sto milionów i więcej, więc możemy liczyć na spore zainteresowanie. Ale to twoja zasługa, Doffy. Gdybyś nie zaoferował owocu Mera Mera, z pewnością nie zgłosiłoby sie tyle osób. Tak w ogóle, to nie szkoda ci było tej słynnej Logii? Zdobycie jej musiało cię sporo kosztować, a teraz najpewniej trafi w ręce jakiegoś pirata.
- Mówisz tak, jakbyś nie był pewien że wygrasz, Diamante. Zresztą, moze i słusznie. Kogo wybrałeś na komentatora w tym roku?
- Tego słynnego dziennikarza z South Blue, Parkera. Próbowałem skontaktować się z Absą, ale cóż... Nie wyszło.
- Może za mało mu zaoferowałeś, co? - Wtrącił się Trebol dłubiąc w nosie. - Znowu byłeś w kasynie i wszystko przegrałeś?
- Spokój, spokój. - Uciszył go Doflamingo. - Co do Igrzysk... Mam jeszcze jednego zawodnika - Monkey D Luffiego. 
- Co?! Chcesz żeby ten chłystek startował w zawodach? Po to go porywałeś?
- Nie do końca. Chciałem po prostu znaleźć kogoś na miejsce Lawa - wskazał czerwony tron kier - ale niestety tradycje rodziny nie pozwalają na to ot tak.
- Więc chcesz żeby został przyjęty gdy wygrał turniej? - Spytał nieco podejrzliwie Diamante. - To nie w twoim stylu, Doffy. Zresztą, taki dzieciak jak on... To z pewnością byłby dla nas ogromny kłopot!
- Raz w życiu muszę się zgodzić z tym co gadasz. - Nawet Trebol był oburzony. Drżał jak galareta, a nerwy sprawiły, że jego twarz zaczęła sie dosłownie rozpływać. - A c-co z Dra-dra-dragonem? - Zająknął się.
- Ja także muszę wyrazić swój sprzeciw, Dofla-sama. - Głos wydobył się z ogromnej, czarnej zbroi zajmującej tron pik. - Jeśli Słomiany weźmie udział w Igrzyskach...
- Za bardzo panikujecie. - Przerwał rycerzowi Joker. - Decyzja została już podjęta. Co do Dragona, to rzeczywiście mógłby być problemem, ale - spojrzał na stojącego w rogu pokoju snajpera - to nie ma powodu do obaw, SS wszystkim się zajął. Kolejna sprawa, to to. - Blondyn postawił na biurku mały ślimakofon. Nacisnął przycisk z tyłu muszli, a po chwili urządzenie zaczęło odtwarzać nagranie jego ostatniej rozmowy z Lawem.
- Jak właśnie słyszeliście, Law postawił mnie w dość nieciekawej sytuacji. - Powiedział gdy nagranie się zakończyło. - Z oczywistych względów, jestem zmuszony zrezygnować z pozycji Shichibukai.
- Zrezygnować z tytułu?! - Wybuchnął Trebol zrywając się z tronu. - Przecież to by oznaczało…
- … że musimy opuścić Dressrosę. - Dokonczył Diamante. - Doffy, nie sądzisz że twoja decyzja jest nieco pochopna? Poza tym, chcesz mu oddać Słomianego?
- Oczywiście że nie. W końcu nie po to szukałem go przez ostatni rok, by teraz pozwolić, by wyślizgnął mi się kiedy w końcu dostałem go w swoje ręce. Jeśli chodzi o wymianę, nie ma się czym martwić. Problem stanowią Słomiani: niewątpliwie przyjdą po swojego kapitana gdy dowiedzą się o porażce Lawa.
- Co więc zamierzasz zrobić, Dofla-sama?
- Cóż, plan jest prosty: zabijemy Słomianych!

***

O wschodzie słońca wszyscy Słomiani, a także samuraj Kinemon z synem i Trafalgar zebrali się na pokładzie Sunny’ego wyczekując pocztowego ptaka. Od tego co ujrzą na okładce porannego wydania prasy mogło zależeć życie Luffiego, więc każdy był mocno zestresowany.
- Law, a co jeśli Doflamingo nie zrezygnował z tytułu Shichibukai? - Nerwowo dopytywał się Usopp. - Cały plan pójdzie na marne.
- Pytałeś się o to już chyba sto razy, - odparł ze zniecierpliwieniem Law -  i setny raz  odpowiadam: nie ma mowy by Joker zaryzykował życie Caesara. 
- Ale jesteś na sto procent pewien tak? - Spytała ze zdenerwowaniem Nami. - Jeszcze tego brakuje, by miał wsparcie Marynarki.
- Tak, na pewno. Zresztą, zaraz się przekonamy. - Wskazał na ptaka kołującego nad okrętem. 
Po chwili jedenaście osób pochylało się nad gazetą. 
- Mówiłem, że wszystko pójdzie po naszej myśli. - Powiedział po chwili Law. - Joker nie jest już Shichibukai. 
- Czyli teraz możemy uratować Luffiego, tak? - Upewnił się Chopper.
- Tak, ale zanim przystąpimy do wymiany z Jokerem… Będę potrzebował twoich umiejętności jeśli chcemy by nasz plan się powiódł.
- Do czego potrzebny ci Chopper? - Spytała podejrzliwie Robin.
- Cóż, ujmę to tak - nie każdą operację można wykonać samodzielnie.

sobota, 17 sierpnia 2013

5. Law i Słomiani

Thousand Sunny Go, pomiędzy Punk Hazard a Dressrosą

Piracki statek z podobizną lwa na dziobie powoli przemierzał największy ocean świata, Grand Line, a konkretnie jego drugą połowę - Nowy Świat. Minęło kilkanaście godzin od incydentu na Punk Hazard. Morze było wyjątkowo spokojne, więc cała załoga Słomianych Kapeluszy, a także kapitan piratów Serca i Kinemon wraz synem mogli odpocząć w okrętowej stołówce, nie przejmując się pogodą.
- Więc mówisz, że też masz interes do Jokera? - Spytał Law samuraja, przegryzając gorącą jeszcze pieczeń z morskiego niedźwiedzia.
- Azaliż, Law-dono! Ten podstępny nikczemnik, Doflamingo, haniebnie napadł na mnie, Momonosuke i mego drogiego przyjaciela, Kanjuro, kiedyśmy płyneli ku wyspie zwanej Zou...
- Zou? Cóż za zbieg okoliczności. Moja załoga tam stacjonuje.
- To bardzo ciekawe. - Robin odłożyła “Wyspy w Nowym Świecie od A do Z” na półkę i odwróciła się w stronę siedziących przy stole.. - Z tego co piszą, na tej wyspie najciekawszą rzeczą jest dawno wygasły wulkan. Zastanawiam się, czego dwóch samurajów mogło tam szukać?
- Wybacz panienko, ale jest to sekretna sprawa, powierzona nam przez samego szoguna. - Z dumą odpowiedział Kinemon, stając na baczność gdy wymawiał słowo “szogun”. Jednocześnie jeknął z bólu, gdy rany zadane mu przez Doflamingo dały o sobie znać.
- Ostrożnie, panie samuraju, nie powinieneś się tak gwałtownie ruszać. Twoje rany jeszcze się nie zagoiły. - Pouczył go Chopper.
- Rzeczywiście, doktorze, zaprawdę niemądre było to z mojej strony, jednakże wciąż jestem pełen podziwu dla twego kunsztu. Gdyby nie waszmości pomoc,niechybnie straciłbym me ramiona!
- Idioto! Myślisz że komplementy mnie uszczęśliwiają? - Zaszczebiotał, rumieniąc się i zabawnie podrygując, jak zwykle gdy ktoś go pochwalił.
- Och, czyżbym rzekł coś niestosownego? - Spytał ze zdziwieniem Kinemon.
- Nie, on zawsze jest taki.
- Swoją drogą... ciekawe co ze Smokerem i resztą marynarzy. Mam nadzieję że nic im nie jest. - Powiedział renifer gdy już się uspokoił.
- Możesz być spokojny. - Uspokoił go Law. - Sam widziałeś, większość ich ran tylko wyglądała poważnie. To, że Joker nie uznał nas za zagrożenie wystarczające by wszystkich zabić, jest zastanawiające, biorąc pod uwagę to, co wiemy. Jedno jest pewne: marynarka z pewnością wykona teraz ruch. Nawet jego koneksje, jakiekolwiek by one nie były, nie uchronią Doflamingo przed wściekłością Skazukiego.
- Skoro mowa o marines... Nie boisz się, że staniesz się ich celem? W końcu nie jesteś już Shichibukai, a i nagrodę masz sporą... - Spytał Usopp z nutką zazdrości w głosie.
- To tylko drobna niedogodność. Spójrzcie. - Law rzucił na stół dzisiejszą gazetę. Na pierwszej stronie widniały listy gończe trzech Supernowych: Eustassa Kidda, Basila Hawkinsa i Scratchmena Apoo, opatrzone nagłówkiem “ Tajemniczy sojusz trójki nowicjuszy powodem niepokojów w Nowym Świecie”. - Wygląda na to, że nie tylko my zawiązaliśmy przymierze.
- Ciekawe kto napisał ten artykuł, mam na myśli to, że raczej trudno jest zdobyć takie informacje, nie?
- Tutaj napisali - Law rzucił okiem na stopkę redakcyjną - że autorem jest wolny strzelec Absa. Nikt nie wie kim jest, ale w ciągu kilku ostatnich miesięcy napisał kilka artykułów na temat wielu piratów działających w Nowym Świecie. Ciekawe, czy Jack ma z tym coś wspólnego...
-  Co za Jack? Brzmi ~super~ męsko!
- Nie, nic. Tak mi się powiedziało.
- Zabawne przejęzyczenie. - Zachichotała Robin.
- Hej, wszyscy już są? - Z kuchni wyszedł Sanji, niosąc kolejne naczynia wypełnione po brzegi jedzeniem.
- Wszyscy są już od dawna, czekaliśmy tylko na ciebie kuku. - Odezwał się Zoro.
- Zamknij się, albo nie dostaniesz dokładki. I nogi ze stołu - jesteś w towarzystwie dam, nieokrzesany marimo.
Zoro odburknął coś pod nosem ale wykonał polecenie kucharza - zdążył już zjeść swoją porcję a w brzuchu wciąż słyszał nieustanne burczenie.
- Skoro wszyscy są, to możesz zaczynać, Trafalgar. - Powiedział do siedzącego obok pirata.
- Oczywiście. Nie chciałem wtajemniczać całej waszej załogi tak wcześnie, ale porwanie Luffiego i Caesara zmusiły mnie do wprowadzenia do wprowadzenia pewnych modyfikacji w moim planie. Ale od początku: celem mojego sojuszu ze Słomianym jest pokonanie jednego z Yonkou, Kaidou Sto Bestii...
- Coooooooo!!!? - Przerwał mu jednoczesny krzyk Kinemona, Choppera i Usoppa.
- Zaczynasz od bardzo niebezpiecznego człowieka... o ile można go tak nazwać. - Powiedziała z usmiechem pani archeolog.
- Wygląda na to, że wiesz co-nieco, Nico robin.
- Cóż, słyszałam pogłoski.
- O, ja też słyszałem pogłoski! - Wtrącił się długonosy. - Podobno Kaidou jest najstraszniejszym z Yonkou! A swoich przeciwników rzuca strasznym morskim bestion na pożarcie!! Żywcem!!!
- To akurat prawda.
- Rozumiem, w takim razie... - Usopp przez chwilę się zastanawiał. - Nami, kiedy nie ma Luffiego, kto jest kapitanem?
- Chyba Zoro, w końcu on był pierwszy. - Odpowiedziała po krótkim wahaniu nawigatorka.
- Zoro, mam pewne obawy co do tego sojuszu.
- Hmm? Jakie?
- Wszyscy zginiemy, do cholery!!!
- Zoro, ja nie chcę umierać!!! - Zawtórował mu renifer.
- Spokój! - Uciszył ich zielonowłosy, wstając od stołu. - Luffy się zgodził, a ja nie widzę powodu by kwestionować decyzję kapitana. A wy dwaj - zwrócił się do Usoppa i Choppera - czy nie trenowaliście przez te dwa lata? Zresztą, koleś - wskazał Lawa, któremu wyraźnie nie spodobało się nazywanie go “kolesiem” - najwyraźniej ma dobry plan, więc może posłuchajcie do końca.
- Ja tam nie boję się, że jakieś zwierzę mnie zje. W końcu jestem tylko kośćmi! Yohohohohohoho!
- A co z psami?
- Robin-san... Niszczyć moje żarty... Jakże okrutnie...
- Tak jak powiedziałem przed chwilą, - kontynuował Law, przeczuwając ze jeszcze chwila, a rozmowa zejdzie na bardzo niepoważne tematy - głównym celem jest Kaidou. Jest z pewnością bardzo niebezpieczną osobą, ale jeśli odzyskamy Luffiego, szanse na jego pokonanie są... dość duże.
- Co masz na myśli mówiąc “ dość duże”? - Spytała Nami.
- Jakieś 20, może 30 procent.
- To cholernie małe szanse! - Zakrzyknęła razem z Usoppem i Chopperem. - Zoro! Zgłaszam sprzeciw!
- Oddalam. Sanji, daj jeszcze mięsa. - Szermierz uniósł pusty talerz.
- To nie jest sąd, idioto!
- Skoro panienka Nami się nie zgadza, to ja też. I nic nie dostaniesz, marimo!
- Bezczelny. Odzywać się tak do kapitana. Za to należy się karcer.
- Nie mamy tu karceru, idioto!
- Kogo nazywasz idiotą, kretynie? Zaraz ci pokażę, kto tu rządzi! - Szermierz ruszył na blondyna, wyciągając katany z pochew.
- Ach tak? Tylko tu podejdź, nakopię ci w ten pusty łeb! - Sanji uniósł nogę, gotowy do walki.
Law obserwował kłótnię z niedowierzaniem. Jak Słomiani mogli być tak beztroscy?
- Jak w ogóle możecie się tak zachowywać?! Nie rozumiecie powagi sytuacji? Wasz kapitan został porwany, do cholery!
- Traf ma rację, zachowujesz się strasznie niepoważnie kuku. - Zoro usiadł i schował miecze. - Mów dalej, słuchamy.
- Ty głupi mariomo! Zaraz cię...
- Sanji, uspokój się. - Westchnęła Nami. - Mimo wszystko, powinnismy wysłuchać tego planu, potem zdecydujemy co robić dalej.
- Ok, zatem użyję wersji skróconej. - Były Shichibukai ponownie zabrał głos. - Priorytetem jest odbicie Luffiego, jednak jak sami widzieliście - bezpośrednia walka z Jokerem nie jest najlepszym pomysłem, dlatego postanowiłem zaproponować mu wymianę.
- Wymianę? - Zainteresował się Usopp. - Masz coś czego mógłby chcieć Doflamingo?
- Oczywiście. - Uśmiechnął sie podstępnie Trafalgar i położył na stole niewielki bladofioletowy przedmiot, z którego dochodziło ciche bębnienie. Wszyscy, jak jeden mąż wybałuszyli oczy, wpatrując się w organ umieszczony w przezroczystym pudełku.
- Czy to...?

- Nie byłbym sobą, gdybym się nie zabezpieczył. Oto nasz karta przetargowa - serce Caesara Crowna. Nawet Doflamingo nie zaryzykuje śmierci swego najcenniejszego podwładnego, więc będzie musiał się zgodzić. Zostaje tylko się z nim skontaktować - czy ktoś mógłby podać mi ślimakofon?

wtorek, 13 sierpnia 2013

4. To twoja wina

- O czym ty mówisz, marimo? Gdzie jest Luffy? - Sanji wstał i drżącymi dłonmi zapalił papierosa. - Nami-swan! Robin-chan! Jesteście całe?
- Wygląda na to że tak, Sanji. - Nami z trudem wstała i oparła się o maszt okrętu. - Robin, jak u ciebie?
- Nic mi nie jest. Dziwne, bo mógł przecież nas zabić gdy byliśmy nieprzytomni.
- Racja. Co go zatem powstrzymywało? - Zastanawiał się kucharz, próbując obudzić Usoppa i Brooka.
- O rety, to było naprawdę straszne, panie Sanji! - Zaszlochał szkielet. - Myślałem że zostanie ze mnie martwy trup! Chociaż... ja już jestem trupem. Yohohohohohoho!
- Możesz się zamknąć? Nie widzisz, co się stało?
- Zoro! Jesteś okropny! - Krzyknął Chopper który właśnie zajmował się ranami Kinemona. - Te rany są poważne, to fakt, ale nie zagrażają jego życiu. Z Momonosuke też już w porządku...
- Nie o tym mówię! - Wykrzyknął szermierz, podnosząc z ziemi słomiany kapelusz. - Luffy odszedł!
- Co? O czym ty gadasz, Luffy nigdy by nie zostawił tego ~super~ kapelusza!
- Niestety to prawda. - Odezwał się po chwili milczenia Law. - Doflamingo zabrał też Caesara. Ale Słomiany... On od początku musiał być jego celem. Przeklęty Joker! Teraz, realizacja mojego planu będzie utrudniona...
- W dupie mam ten twój zasrany plan! - Zoro chwycił byłego Shichibukai za ubranie na piersi i mocno nim potrząsnął. - To wszystko twoja wina! Gdybyś nie wciągnął w to Luffiego, nic by się nie stało! - Uderzył Lawa w twarz, po chwili na Trafalgara spadło kilka innych uderzeń.
- Wystarczy, Roronoa. - Pięść Zora została zatrzymana przez Sanjiego.
- Odwal się kuku! Nie widzisz, co się przez niego stało!
Sanji kopnął towarzysza w twarz, cios odrzucił zielonowłosego kilka metrów do tyłu. Kucharz zapalił kolejnego papierosa.
- Nie myśl, że tylko ty cierpisz! My wszyscy... Czujemy to samo! Ale nie możemy się teraz poddawać i rozpaczać! Czy Luffy kiedykolwiek się poddał?
- Więc co zamierzasz zrobić, Sanji? - Spytał po chwili Usopp.
- To oczywiste. Popłyniemy za Flamingiem i odbijemy naszego kapitana. To jedyna opcja. Jednak jeśli ktoś nie chce płynąć, nie będę mieć mu tego za złe. Sam nie jestem pewien, czy przeżyjemy ponowne spotkanie z tym Shichibukai.
Zoro uśmiechnął się i wstał.
- Wreszcie gadasz z sensem, kuku od siedmiu boleści. Franky, statek jest gotowy?
- Od kilku godzin.
- Świetnie, zatem wypływamy. - Zoro momentalnie zmienił nastawienie. Zachowywał się zupełnie jak kapitan. Podszedł do Usoppa i założył mu kapelusz Luffiego na głowę. - Luffy zostawił go mi, ale myślę że będziesz bardziej odpowiednią osobą.
- Zazdroszczę Słomianemu takiej załogi. - Law otarł krew z twarzy. - Masz rację, Roronoa. To ja was w to wpakowałem, i ja was z tego wyciągnę. Chcę płynąć z wami. Reniferze, jak samurai? - Zwrócił się do Choppera.
- Już dobrze, wkrótce powinien odzyskać przytomność.
- W takim razie pomóż mi z ranami tych tutaj. - Wskazał na marines. - Zwłaszcza Smoker może potrzebować pomocy.
- Zoro?
- Rób co mówi. Bądź co bądź, Smoker nie zaatakował nas gdy straciłeś swój tytuł, prawda Law? Ale pospieszcie się. - Powiedział szermierz wchodząc na statek. - Nie mamy wiele czasu.

***

Nowy Świat, okolice Dressrosy

- Daleko jeszcze, Buffalo? - Niecierpliwiła się Baby 5.
- Jesteśmy już blisko. Oczywiście bylibyśmy szybciej, gdybyś tyle ostatnio nie jadła. Po co kupowałaś tyle ciastek od tamtego dziadka?
- On mnie potrzebował! Gdyby nie sprzedał swoich wypieków, nie miałby jak zapłacić za czynsz!
- Dobra dobra, ale musiałaś zjadać je wszystkie od razu?
- Spokojnie, dzieciaki. - Kłótnia podwładnych obudziła Doflamingo, który uciął sobie krótką drzemkę. - Nie lubię kłótni w mojej rodzinie.
- Oczywiście, przepraszam paniczu... Och, już jesteśmy!
Rzeczywiście, na horyzoncie dało się dostrzec coraz większą i większą wyspę, z ogromnym miastem rozrastającym się na niemal całe wybrzeże.
- Świetnie. Jak tam czas, Baby 5?
- Powinniśmy zdążyć na kolację.
- Wciąż głodna? - Kąśliwie spytał Buffalo.
Kilkanaście minut później wylądowali tuż za posiadłością Doflamingo. Kilkupiętrowy żółty budynek górował nad kompleksem ogrodów i basenów. Na pierwszy rzut oka widać był, że właściciel domu jest niesamowicie majętnym człowiekiem: w ogrodzie rosły wszelkie możliwe rośliny, a główny basen otoczony zjeżdżalniami, sztucznymi rzekami, fontannami i krytymi zatoczkami przypominał raczej park wodny.  Z posiadłości natychmiast wybiegło kilka pokojówek, które w mgnieniu oka ustawiły się w dwuszeregu, niczym nakręcane zabawki.
- Witamy w domu, paniczu! - Zakrzyknęły chórem.

- Witaj na Dressrosie, Słomiany. - Lider rodziny Donquixote zwrócił się do Luffiego, pomagając mu zejść z pleców Buffalo. - Od teraz to twój nowy dom.

3. Propozycja nie do odrzucenia

- Jakim cudem? Niemożliwe żeby Haki było takie silne...Co ty zrobiłeś, Mingo!
- Wygląda na to, że Rayleigh nie powiedział ci o wszystkim. Ale jeśli chcesz...mogę powiedzieć ci co nieco. Wystarczy że pójdziesz ze mną, i zostaniesz moim podwładnym!
- O czym ty gadasz!? - Wściekłość Luffiego na Shichibukai rosła z każdą sekundą. Mimo wszystko, nie atakował. - Nie ma mowy żebym został towim sługą, idioto!
- Nie słyszałeś co mówiłem wcześniej? - Powiedział Doflamingo ze zniecierpliwieniem. - Propozycja nie do odrzucenia znaczy, że nie możesz jej odrzucić, jasne?
- Ej, a kto mi zabroni? Nie to nie.
- W takim wypadku... - Joker nagle znalazł się tuż przed twarzą pirata. - ...musiałbym was wszystkich zabić. Więc jak, Słomiany? Pójdziesz ze mną, a w zamian nie tknę twoich kumpli.
Myśl szybko, nie mamy całego dnia. Chciałbym wrócić na Dressrossę przed zmrokiem, mam jeszcze kilka spraw do załatwienia, a zostały tylko trzy dni...
Luffy nie pozwolił mu dokończyć. W jednej chwili odpalił  Gear Second i z olbrzymią szybkością uderzył Shichibukai w brzuch. Doflamingo kaszlnął i zgiął się w pół, gdy dosiegnął go kolejny cios - pięść Słomianego uderzyła wprost w podbródek blondyna, wyrzucając go w powietrze. Gumiak wystrzelił ku niemu ramię, łapiąc korsarza za nogę, jednak ten wykonał widowiskowe salto w powietrzu przyciągając do siebie młodego pirata.
- Jednak to prawda, to wszystko o “D” - powiedział chwytając Luffiego. - W takim wypadku nie dajesz mi wyboru. Może to cię przekona...
Gdy opadli na ziemię po krótkiej wymianie ciosów w powietrzu, Doflamingo wyciągnął z kieszeni bogato opierzonego płaszcza niewielki czerwony owoc.
- Chcesz mnie przekupić Diabelskim Owocem? Mam już jeden. - Powiedział ze zdziwieniem Luffy. - Jakbym zjadł drugi, to bym umarł.
- Przyjrzyj się dobrze, Słomiany. Zdobycie tego owocu wiele mnie kosztowało, a bez mojej pozycji i kontaktów byłoby niemożliwe, abyś kiedykolwiek go ujrzał. Powinieneś być szczęśliwy - oto ostatnie co zostało na świeciem bo twoim bracie, Portgasie D. Ace, Diabelski Owoc typu Logia, Mera Mera!
- Coo? Skąd go masz, owoc Ace’a?
- Powinieneś to wiedzieć, przecież sam jesteś użytkownikiem. Po śmierci twojego brata, Mera Mera no Mi odrodził się gdzieś na Grand Line. Szukałem go od pewnego czasu, ale dopiero niedawno trafił na czarny rynek. Jak mówiłem, zdobycie go drogo mnie kosztowało.
- Oddawaj mi go natychmiast, Mingo!
- Więc jednak go chcesz? To zrozumiałe, co więcej pozostało po twoim bracie...nic. W takim razie, mam nową propozycję: pójdziesz ze mną, a dam ci owoc który trzymam w ręku i oszczędzę twoją załogę. To moja ostatnia propozycja. Myśl szybko, masz minutę.
- Luffy... Nie możesz się zgodzić! - Zoro z trudem podniósł się z ziemii. - Jeśli odejdziesz... jak przeżyjemy w Nowym Świecie!
- Fufufu, cóż za bezczelność. Odzywać się tak do swojego kapitana. - Doflamingo spojrzał ze dezaprobatą na zielonowłosego. - Na twoim miejscu, Słomiany, zabiłbym go.
- Wybacz, Zoro. - Luffy podszedł do szermierza. - Nie mam wyboru. - Roronoa otrzymał potężne uderzenie w żołądek. Gdy upadł, kapitan Słomianych założył mu kapelusz na głowę. - Zaopiekuj się nim, dopóki nie wrócę. - Szepnął, po czym odwrócił się do Shichibukai. - Zgadzam się.
- Doskonale! Jednak nie jesteś taki głupi na jakiego wyglądasz. - Doflamingo podszedł do swoich podwładnych, przywiąznych do skały.
- Paniczu! Wiedziałem że się paniczowi uda! Wybacz nam, że nie wykonaliśmy zadania! - Krzyczał Buffalo, gdy Jokar uwalniał go z kajdan.
- Tak, tak, nie tłumacz się. Porozmawiamy gdy wrócimy do domu. Baby 5?
- Tak, wasza wysokość?
- Weź kajdanki z kairouseki i załóż je Słomianemu. Buffalo, spróbuj ocucić Caesara. Wracamy na Dressrosę.
- Skuć Słomianego? Chcesz zabrać go ze sobą paniczu? - Spytała sie pokojówka.
- Oczywiście. Zabijanie go byłoby marnotrastwem jego potencjału, a gdybym pozwolił mu pływać po Grand Line samopas stanowiłby zagrożenie nie tylko dla mnie, ale każdego pirata który latami pracował na swoją pozycję. Najgorsze pokolenie, hmm? W dodatku jest człowiekiem z “D” i Królewskim Haki. Nie cieszylibyście się, gdyby ktoś taki objął pozycję Serca w naszej rodzinie?
- Oczywiście ze tak! Ale...Czy nie jest jest dla nas zbyt niebezpieczny? - Buffalo próbujący obudzić Caesara Crowna był wyraźnie przerażony perspektywą roztaczaną przez lidera rodziny Donquixote. Co chwila spoglądał na Luffiego, jakby bał się nagłego ataku. - Bądź co bądź, to jego syn...
- Och, nie martw się. Najniebezpieczniejszy człowiek na świecie, wielki Rewolucjonista Monkey D. Dragon ma w tej chwili ważniejsze rzeczy do roboty. Poza tym, nie powinien się martwic. Nie zamierzam skrzywdzić jego syna... wprost przeciwnie.
- A jeśli nas zdradzi?
- Monkey D. Luffy nie jest kimś, kto świadomie złamałby dane słowo. Zamierzasz mnie zdradzić, Luffy-chan?
- Dotrzymam danego słowa. - Powiedział pirat, gdy pokojówka zakładała mu kajdanki z morskiego kamienia.
- Widzicie? Nie ma się czym martwić.
- Gotowe, paniczu! - Wesoło zakrzyknęła Baby 5.
- Buffy, jak tam CC? - Spytał Shichibukai.
- Niestety paniczu, wygląda na to, że odniósł poważne rany. Będzie potrzebny lekarz.
- W takim razie zbieramy się. Mam nadzieję, że Mildred jeszcze nie śpi. - Buffalo położył się na brzuchu, a Doflamingo, Luffy i Baby 5 weszli na jego plecy razem z ciałem Caesara. Po chwili użykownik Wirowocu poderwał się do lotu. Doflamingo położył się na plecach, jednocześnie zakładjąc ręce za głowę.
- Wracamy do domu. - Uśmiechnął się. - Zobaczymy, jaki będzie twój następny ruch, Law. Jeśli się postarasz, możemy mieć jeszcze dużo, dużo zabawy.

***

- Cholera, łeb mi pęka. - Zoro wstał, trzymając się za głowę. - Czuję się jakbym wypił całą beczkę sake na pusty żołądek. Co tu się do licha stało? - Splunął krwią i  rozejrzał się wokół, szukając Doflamingo, jednak nigdzie go nie zauważył, podobnie jak Luffiego. Widział tylko ciała swoich przyjaciół i marynarzy leżące na ziemi. - Ej, Luffy!!! Gdzie jesteś!?
- Doflamingo go zabrał, tak samo jak Caesara. - Law podniósł sie z trudem, opierając ciężar ciała na mieczu wbitym w ziemię. Pozostali również zaczęli powoli odzyskywać przytomność.

- Nie mów mi, że się zgodził... Ten idiota! - Nagle zauważył leżący u jego stóp słomiany kapelusz. Z oczu popłynęły mu łzy. - Luffy!!! Co ty zrobiłeś!?